Kultura

„Magnolia” – z muzyką bez nut

„Magnolia” w reżyserii Krzysztofa Skoniecznego to spektakl pełen muzyki podanej w wyjątkowy sposób. Szczególne pokłady entuzjazmu wyzwala we mnie spoglądanie, jak „nie-muzycy” potrafią wyczarowywać dźwięki…

25 maja 2019 we Wrocławskim Teatrze Współczesnym miała miejsce prapremiera spektaklu „Magnolia” w reżyserii Krzysztofa Skoniecznego. W gęstej mozaice emocji, o jakich opowiada oraz jakie wywołuje ta wielowątkowa realizacja, można odnaleźć wiele sposobów interpretacji. Samo to, że spektakl z założenia opiera się na treści filmu o tym samym tytule z roku 1999 („Magnolia” – Paul Thomas Anderson), daje spore pole do tworzenia odniesień, a z drugiej strony – do kreowania zupełnie nowej teatralnej rzeczywistości. Ze względu na to, że na wiele scen spogląda oko kamery, która wysyła obraz bezpośrednio na ekrany wypełniające scenografię, mogę powiedzieć, że to prawdziwe kino w teatrze.


I tak zgrabnie przechodzimy do dotknięcia tematu muzyki znanej z sal kinowych. Muzyka filmowa od kilku dekad staje się słuchaczom coraz bliższa. Repertuar koncertowy oparty na utworach pochodzących z kultowych filmów przyciąga zwykle tłumy fanów. A jeśli zapytam o muzykę teatralną…?

Co gra w „Magnolii”?

Warstwa muzyczna „Magnolii” wywarła na mnie ogromne wrażenie i to właśnie jej chcę poświęcić kilka słów. Odpowiedzialnym za dźwięki w spektaklu jest Wojtek Urbański. Trudno było mi uwierzyć, kiedy w kuluarach powiedział, że wcale nie jest absolwentem żadnej uczelni muzycznej, a z wykształcenia jest… rzeźbiarzem! Tym większy mój podziw za to, co wydarzyło się na scenie. Instrumenty są w „Magnolii” elementem scenografii. Wydawać by się mogło, że całej sztuce towarzyszyć będzie jakiś band, ale to aktorzy – wyskakując czasem ze swoich ról – wskakują między instrumenty, dając muzyczny komentarz w wielu scenach.


Nie mają nut. Na palcach można zliczyć tonalne i „poukładane” fragmenty tego osobliwego soundtracku. Trzon instrumentalny tworzy perkusja, pianino i gitara. Resztę brzmień dopełniają liczne przeszkadzajki i proste instrumenty dęte. Raz nawet w rękach Miłosza Pietruskiego znalazły się skrzypce, ale chyba wyczuł, że Skrzypczyni spogląda…! : )


Głosy i instrumenty

Aktorzy zmierzyli się tutaj z zadaniami wokalnymi, a także, co ciekawe – instrumentalnymi. Pojawia się punk, rap, trochę jazzu. Krótkie formy wyśpiewywane czy melorecytowane przez aktorów traktuję jako „mrugnięcie okiem” do widza. Owszem, nie były to wokale doskonałe, ale za to trafiające w trzewia. Jednym z ciekawszych muzycznie momentów okazała się pierwsza po przerwie wspólna scena. Poszczególne głosy wyłaniały się z magmy dźwięków. Warstwowość i polifonia, do której nie jesteśmy na co dzień przyzwyczajeni, dały niesamowity efekt. Myślę, że tego wszystkiego nie udałoby się osiągnąć, gdyby reżyser Krzysztof Skonieczny nie zainspirował aktorów do odkrycia zupełnie nowych horyzontów – do spróbowania tworzenia muzyki.


I jeszcze jedna perełka. Piotr Łukaszczyk (w roli policjanta Januarego) co chwila chwytał za gitarę i wyczarowywał z nią rewelacyjne podkłady! Podaj mu motyw, podrzuć styl, a on już z tego zrobi COŚ.


Chcę podsumować, ale jak opisać słowami muzykę, która jest jednocześnie minimalistyczna i monumentalna? To trzeba po prostu usłyszeć na własne uszy. W sierpniu będzie jeszcze okazja. Bilety do nabycia na stronie WTW.
Pewna część warstwy muzycznej została przygotowana wcześniej, ale niesamowity proces improwizacji na żywo gwarantuje, że żadna kolejna „Magnolia” nie będzie taka sama.